yoga sklep zapisz się do newslettera

GOA – raj dla joginów

Dzień chyli się ku końcowi. Nad Morzem Arabskim zachodzi słońce – widok jak z PRL-owskiej fototapety. Palmy, ocean i wielkie słońce, które powoli rozpuszcza się na niebie jak słodycz na języku. Na pustej plaży nie ma prawie nikogo.

W Morjim dżungla oddycha. Odgłosy przejeżdżających skuterów są coraz rzadsze. Wszystko powoli pochłania gęsta, ciemnozielona noc. Monsun odchodzi, pozostawiając za sobą żywą, seledynową przestrzeń, w której tętni życie. I wilgoć. Ubrania nie schną i trzeba przyzwyczaić się do ich lekko zgniłego zapachu. W podmokłych, bagnistych przestrzeniach lęgną się pijawki. W nocnej, dusznej otchłani latają ogromne nietoperze. Nieco dalej od osad ludzkich pewnie również węże i krokodyle.

Nie śpię. Wsłuchuję się w dźwięki nocy. Nie wiem, co to za owady. Nie wiem, co to za ptaki, chociaż czasem za dnia w gałęziach drzew można dostrzec ich rajskie kolory. Noc w dżungli. Natężenie kakofonii cykad i komarów rośnie. Odgłosy, których nie znam i nie potrafię rozpoznać… Powietrze jest lepkie i gęste od dźwięków. Wyją okoliczne psy. W pobliskiej świątyni do późnych godzin nocnych bramin na całe gardło wychwala Boga przy akompaniamencie harmonium. Jego modlitwy opadają na świat jak mleczna mgła… Na podmokłe łąki, gdzie w ciągu dnia chłodzą się gaury, duże ciemne woły. Na kryjące się za murami domostw tropikalne ogrody. Śpiewne modlitwy przenikają plantacje palm kokosowych. Noc na Goa… Szmaragd zamknięty w dłoni. I Morze Arabskie w tle. Jak z PRL-owskiej fototapety.

Tam, gdzie padła strzała

Dawno, dawno temu, mędrzec Paraszuram, inkarnacja Wisznu, poszukiwał miejsca na swoje rytuały ofiarne. Wypuścił z łuku strzałę, która spadła do morza u zbiegu dwóch rzek, Zuari i Mandovi. Woda się rozstąpiła. Paraszuram zaludnił Goa ludnością bramińską, a z popiołu pochodzącego z ofiarnego ogniska usypał wzgórze Bhasma Dongor w okolicach Arambolu. Tak przynajmniej mówi Skanda Purana z VII w. n.e. Spisana na liściach palmowych i odnaleziona w XIX wieku w bibliotece w Kathmandu.

Om i piwo

Goa przed sezonem turystycznym ma swoje plusy i minusy. Już niedługo rosyjskie techno z plażowych dyskotek zagłuszy szum fal i modlitwy bramina. Spłoszone zwierzęta i ptaki wycofają się do dżungli. Pojawią się turyści (głównie Rosjanie) i bardzo dużo alkoholu. Silniki motocykli i skuterów zastąpią odgłosy owadów. Gdy jogini o 6:00 rano staną na macie, aby zaśpiewać pierwsze „Om”, niektórzy dopiero będą wracać z nocnych wojaży.

Chyba wyglądam na Rosjankę. Dziwnie się czuję, gdy w Arambolu Hindusi mówią mi: „Pasmatri, pasmatri mój magazin”…

Teraz jeszcze jest cicho. Prawie nie ma gdzie zjeść, ulice są puste i wszystko jeszcze pozamykane. Ratownicy zabraniają wstępu do wody ze względu na meduzy. Odkąd tu jestem, nie widziałam nawet jednej martwej, więc podejrzewam, że po prostu nie chce im się pracować. Dobrze przyjść na plażę o świcie. Można wtedy zobaczyć małe kraby. Albo służby sprzątające, które codziennie zbierają wyrzucane przez wodę plastikowe butelki, opakowania, wodorosty. Niedługo rozpocznie się okres lęgowy żółwi. Złożą w ciepłym piasku jaja, z których potem wyklują się setki żółwiowych dzieci. Tak jak na filmach przyrodniczych.

Gdy chcę zjeść śniadanie w jedynym otwartym plażowym barze, okazuje się, że nic tam nie ma. Nie ma owsianki, nie mogę zamówić kanapek ani nawet sałatki owocowej. A co jest? – pytam. Piwo. Do piwa i innych rzeczy trzeba się na Goa przyzwyczaić. Szczególnie gdy przyjedzie się tu, zasmakowawszy mistycznych Indii. Śmierci w Benaresie. Mysore, gdzie trzeba zakrywać kostki i ramiona. Albo jeszcze bardziej konserwatywnego (muzułmańskiego) Kaszmiru.

Buddyjskiej Dharamsali, „om mani padme hum” i trzepoczących flag modlitewnych. Na Goa Hinduski chodzą w krótkich spodenkach, a Rosjanki w jeszcze krótszych. Można nosić bikini. Można, już tak po europejsku, całkowicie wyluzować. I dostroić się do kolejnej wersji Indii.

Kryszna

Goa nadal wygląda jak raj. Musiało być jeszcze bardziej rajskie w czasach, gdy po drogach jeżdżono konno lub wozami, a zamiast hoteli stały gliniane chaty pokryte palmową strzechą. Gdy nie było turystów. Jak podaje legenda, zielone wybrzeże oraz tamtejsze piękności zażywające morskich kąpieli oczarowały kochliwego Krysznę. Godzinami przygrywał im na flecie, a one zatracały się w tańcu upojone jego boskimi melodiami.

Kolejna wersja Indii

To sex, drugs and techno. Albo, dla odmiany, liczne szkoły, gdzie można przejść jogowe TTC. Chociaż wersji Goa może być nieskończenie wiele. Podobnie jak wersji Indii. Piękne, zielone góry (Ghaty Zachodnie) i liczne wodospady. Rezerwaty przyrody, w których – dryfując po zielonej tafli – można oglądać krokodyle, węże lub niesamowite gatunki ptaków. Na plantacjach przypraw zobaczymy, jak rośnie wanilia lub kawa. Wzdłuż dróg będą snuły się zielone pola ryżowe. Kolonialne uliczki Panaji sprawią, że poczujemy się jak w Europie. A złożona tożsamość goańska to jeden z głównych motywów lokalnej (bardzo dobrej) literatury.

Na drugim końcu świata od Lizbony

Bezkresne, piaszczyste wybrzeża i seledynowa roślinność. Zapewne właśnie taki widok ukazał się oczom Vasco da Gamy, który wypłynąwszy z Lizbony, w 1498 r. dotarł szlakiem morskim do Indii, a dokładnie na Goa. Kolejnym niemałym zaskoczeniem dla wielkiego żeglarza i jego załogi było spotkanie tam Polaka, poznańskiego żyda, tajnego informatora na usługach władcy Goa. Zdemaskowany, podczas tortur wyznał swoją tożsamość, a jego umiejętności językowe oraz rozległa wiedza dotycząca Indii zostały docenione i zaproponowano mu współpracę. Jedynym warunkiem był chrzest, na co Gaspar chętnie przystał. Jego ojcem chrzestnym został sam da Gama.

Goa pozostało portugalską kolonią aż do 1974 r. Wbrew powszechnym przekonaniom, tylko ok. 25% mieszkańców wyznaje chrześcijaństwo (w całych Indiach 2,3%). Stare kościoły wyrastają z dżungli. Portugalczycy przywieźli ze sobą nową religię, a razem z nią Świętą Inkwizycję. Najpierw zajęto się heretykami z Europy, ale bardzo szybko prześladowania dosięgły ludności lokalnej. Zaczęto zmuszać hindusów do spożywania wieprzowiny, a za odmowę groziło więzienie. Karano za posiadanie kurkumy, kadzideł i innych przedmiotów używanych do tradycyjnego kultu. W lochach Orlem Ghor w Starym Goa, podobnie jak wówczas w Europie, miały miejsce przesłuchania i tortury.

Jak podaje Lonely Planet, w latach 1560-1774 aresztowano ponad 16,000 osób (głównie żydów i hindusów), z czego większość spłonęła na stosie. Nieliczni szczęśliwcy zostawali niewolnikami w zamorskich krajach. Stół, gdzie wydawano wyroki, można zobaczyć w muzeum w Panaji, a krzyż, przy którym palono ofiary – w pobliskiej kaplicy św. Sebastiana.

Daleko od zimna

Po co jechać na Goa? Bo to daleko od naszego zimna. I większa przygoda niż ferie zimowe w hotelu w Egipcie. Nawet jeśli pojedziemy na około dwa tygodnie. Pewnie nie wszędzie będą tłumy i dyskoteki do rana. Znajdziemy mnóstwo szkół jogi, a praktyka w tropikalnych ogrodach lub z widokiem na turkusowe morze to czyste dolce vita…

Poza tym w morzu są delfiny, a plaże zdają się ciągnąć bez końca. Można ubierać się po europejsku. A gdy dzień będzie chylił się ku końcowi, wsłuchiwać w odgłosy dżungli. I chłonąć zachody słońca. Takie jak na fototapetach z PRL-u.

Informacje praktyczne

Warto:

  • Poczuć atmosferę Old Goa (i Hindusów robiących sobie selfie z Jezusem na krzyżu);
  • Przejść się kolonialnymi uliczkami Panaji;
  • Zwiedzić jedną z plantacji przypraw lub herbaty;
  • Wybrać się do rezerwatu ptaków (np. Salim Ali) lub parków narodowych, np. na oglądanie krokodyli;
  • Pojechać do starych portugalskich fortów. W niektórych mieszczą się hotele i restauracje, a inne są porośnięte zielenią i przypominają widoki z „Księgi Dżungli”;
  • Pochodzić po pięknych Ghatach Zachodnich;
  • Wybrać się na lokalny targ (największego ruchu można spodziewać się w piątki) – np. do Anjuny lub Mapusy.

Joga

Goa jest rajem dla joginów! Oto wybrane miejsca, które warto wziąć pod uwagę:

  • Ashtanga Yoga Morjim Sharmili Desai;
  • Himalayan Iyengar Yoga Centre w Arambolu
  • Sharata Arory;
  • Purple Valley – warsztaty jogi z nauczycielami (zwykle z tradycji Ashtanga jogi) z całego świata;
  • Yoga Bones, szkoła w tradycji Ashtanga Yogi Rolfa i Marci Naujokat.

Kiedy jechać

Sezon na Goa to czas od listopada do końca kwietnia. W maju, przed monsunem, robi się bardzo gorąco. Od czerwca do końca września trwa monsun – w niektórych miejscach można spodziewać się huraganów. Od września region powoli przygotowuje się na nadejście sezonu turystycznego.

Polecam książki:

  • Carmo D’Souza, Angela’s Goan Identity;
  • Frank Simoes, Glad Seasons in Goa;
  • Indie Północne, Nepal i Goa, wyd. Bezdroża;
  • Lambert Mascarenhas, Sorrowing Lies My Land.

Korzystałam z Przewodnika Lonely Planet, Goa&Mumbai.

AUTOR: dr Ania Chomczyk – właścicielka Yoga shali w Białymstoku. Redaktor naczelna portalu Bosonamacie.pl. Mama małego Felixa. Na facebooku: Joginka w podróży

Comments


Tagged: ,


© Yoga & Ayurveda Magazyn