yoga sklep zapisz się do newslettera

Mój świat do góry nogami

W lipcu ubiegłego roku zdałem z wyróżnieniem egzamin na stopień Intermediate Junior III. Dla przeciętnej osoby praktykującej jogę może być to jedynie informacja, że mam dzięki temu kolejny dyplom, jednak dla mnie to wielkie osiągnięcie. Ktoś może pomyśleć: egzamin jak egzamin, każdy z nas zdawał je w swoim życiu. Rozmawiając z wieloma osobami, uświadomiłem sobie, że tak naprawdę mało kto wie, jak wygląda szkolenie nauczycieli w metodzie B.K.S. Iyengara. Dlatego chciałbym podzielić się swoim doświadczeniem na ten temat. Myślę, że dla wielu osób praktykujących jogę te informacje będą bardzo cenne.

Moja przygoda z kursami nauczycielskimi jogi wg przekazu B.K.S. Iyengara rozpoczęła się w roku 2005 pod okiem Konrada Kocota. Podstawowy program szkoleniowy rozpoczyna się egzaminem wstępnym. Ponieważ większość swojej praktyki odbyłem w domu, a nie na zajęciach jogi, jechałem tam z lekkim niepokojem. Z tego, co pamiętam, egzamin trwał trochę dłużej niż zwykła lekcja. Fizycznie był bardzo wymagający. Prowadzący podawał tylko nazwę asany i cała grupa ją wykonywała. Na koniec podano wyniki. Z całej ponad 30-osobowej grupy na kurs nie dostały się dwie osoby. Tak oto zostałem przyjęty na swój pierwszy kurs nauczycielski. W programie mieliśmy dwudniowe zjazdy w Krakowie przez najbliższe trzy lata. Z Wrocławia mamy całkiem dobre połączenie, a do tego uczestniczyliśmy z moją żoną wspólnie w całym kursie, dlatego wszystko zapowiadało się wspaniale.

Iyengarowie pogrupowali wszystkie asany i pranayamy na sylabusy. Każdy z nich powinien być opanowany na poziomie, na który się zdaje. Zatem do poznania i opanowania mieliśmy Introductory I i II. Myślałem, że jestem zaawansowanym praktykującym i świetnym nauczycielem, jednak z każdym kolejnym zjazdem mój świat zaczynał się walić. Kiedyś o tym czytałem, fachowo nazywa się to efektem Krugera-Dunninga.

Osoby posiadające małą wiedzę na dany temat potrafią ją przeceniać i być nadmiernie pewne siebie, natomiast im więcej wiemy, tym bardziej możemy zaniżać swoją samoocenę. Okazało się, że fakt, iż robię większość balansów czy potrafię stać na głowie do 30 minut, nijak ma się do jakości i wiedzy na ten temat. Gdy trzeba stanąć nagle przed kolegami i koleżankami z kursu i nauczyć ich jakiejś pozycji, a następnie oni na podstawie swojej wiedzy dają ci informacje zwrotne, człowiek widzi, jak mało wie. To potrafi nauczyć człowieka pokory. To jest właśnie joga, która powinna nas rozwijać na każdym poziomie. Dlatego też nieraz widziałem osoby nadmiernie pewne siebie, które w obliczu nauczania i oceny stawały się malutkie. Sam tego procesu doświadczałem. Dla swoich uczniów byłem kimś niezwykłym, na kursie – jednym z wielu uczestników. Myślę, że to jedna z pierwszych ważnych lekcji do przerobienia jako nauczyciel – będąc na co dzień na piedestale, uświadomić sobie, że nie jesteśmy lepsi niż nasi uczniowie. Miałem to szczęście, że ta nauka przyszła dość szybko. Dzięki temu potrafiłem ze spokojem przyjmować informacje zwrotne i czerpać z nich korzyści dla własnego rozwoju. Negowanie korekty to według mnie tylko niepotrzebna walka, aby nic w sobie nie zmieniać. Podczas gdy joga uczy nas, abyśmy ewoluowali wraz z całym światem, jaki nas otacza.

Dwudniowe zjazdy wypełnione były od rana do wieczora jogą. Uczysz, jesteś uczony, słuchasz wykładu – i tak w kółko. Raz do roku odbywał się tygodniowy zjazd wakacyjny. Co roku jechaliśmy też na warsztat z Lois Steinberg (USA) lub Corine Biria (Francja). Po takich przygotowaniach przyszedł czas na egzamin sprawdzający. Na nasz kurs przyjechała komisja składająca się z trzech egzaminatorów i dodatkowo sześciu asystentów. Zdających było 12 osób w grupie. Każdy egzamin składał się z dwóch etapów: praktyki i uczenia. Sytuacja jest dość stresująca, gdy przez prawie 2 godziny wykonujesz asany w tak małej grupce zdających, a obserwuje cię aż 9 osób. Słyszysz tylko nazwę asany i chodzący timer. Kiedy da sygnał, wiesz, że można przejść do kolejnej pozycji. Zawsze miałem problem z pozycją Salamba Sarvangasana (świeca). Gdy trwałem w niej w trakcie egzaminu, stało wokół mnie w kółeczku sześć osób i każdy coś szybko notował. Mało komfortowe doświadczenie, gdy wiesz, że to jedna z twoich słabszych asan. Po tej części chwila przerwy i egzamin z nauczania. Zazwyczaj dostajesz do uczenia swoje najsłabsze pozycje i asany odwrócone. Komisja, chcąc sprawdzić twoją wiedzę, może przerywać naukę, by zadawać pytania lub prosić cię, aby kogoś poprawić. Jest to bardzo stresujące. Na koniec dnia wyniki. W mojej grupie na ten poziom nie zdały dwie osoby. Mnie ponownie się udało.

Zaliczenie egzaminu to nie tylko wysiłek, jaki wkładałem w weekendowe zjazdy, ale również codzienna praktyka na macie. To także uporządkowanie swojego uczenia, w którym koncentrujemy się na asanach z programu Introductory. Kolejny etap kursu to doskonalenie asan z programu Introductory II. Ten zakres pozycji jest o wiele bardziej wymagający niż poprzedni. Do dziś pamiętam, jaki byłem wycieńczony po egzaminie wstępnym. By go zdać, trzeba spędzać na macie codziennie około 1,5 godziny – bez tego czasu poświęconego na dopracowanie asan, nie ma szans na zaliczenie. Trzeba też tych pozycji uczyć, by zdać część z uczenia. Wtedy też człowiek zaczyna powoli rozumieć, dlaczego tak, a nie inaczej Iyengarowie usystematyzowali asany. Prowadząc w ten sposób rozwój swój i innych, podchodzimy do swojego ciała z szacunkiem. Najpierw wykonujemy łatwiejsze pozycje, które pozwalają z czasem robić te trudniejsze. Nie jest to w żaden sposób atrakcyjne, ale za to jest zdrowe i bezpieczne. Dlatego w swym uczeniu i praktyce skupiłem się tylko na pozycjach z tych sylabusów. W Anglii na przykład stowarzyszenie pilnuje, by nauczyciele z danego poziomu uczyli tylko asan, do których uczenia są uprawnieni. Według mnie ważne jest, by nie uczyć np. stania na głowie kogoś, kto przyszedł pierwszy raz na jogę, ponieważ taka osoba może sobie coś uszkodzić.

Po 3-letnich przygotowaniach przyszedł czas na końcowy egzamin. Chcąc do niego podejść, należało też napisać pracę na kilka tematów dotyczących anatomii i filozofii w jodze. Tym razem mieliśmy 3 egzaminatorów i 3 osoby im asystujące. Podobnie jak wcześniej, zdających osób było 12. Ponieważ kurs trwa bardzo długo, a wymagania są ogromne, część osób zrezygnowała w trakcie. Myślę, że ostatecznie zostało nas około 70% początkowej grupy. Jak już wcześniej wspominałem, ten poziom jest ogromnie wymagający. Część praktyczna to ponad dwie godziny bycia w pozycjach. Słyszysz nazwę asany i robisz, aż usłyszysz timer, wtedy kolejna asana, i kolejna… W połowie, po wszystkich pozycjach stojących, kręconych i wygięciach, pojawiają się skłony i siady, które pomagają nam się zregenerować.

Wtedy ważne jest, by nie stracić koncentracji i nadal pokazywać, że wiesz, jak się w asanie ustawić i jak w niej pracować. Doświadczenie niesamowite i dla mnie mistyczne. Iyengarowie tak ułożyli sylabusy, że poprawne wykonanie Introductory – czy na egzaminie, czy w praktyce własnej – jest pewnego rodzaju inicjacją pozwalającą iść dalej. Dla mnie to także rodzaj inicjacji. Na egzaminie o tym jednak nie myślisz, za chwilę czeka cię uczenie. Miałem uczyć dwóch pozycji odwróconych i pięciu innych asan. Gdy zacząłem, komisja stwierdziła, że moi uczniowie są nieodpowiedni, i sama wybrała mi nowych. Nie ukrywam, stres sięgał zenitu. Dostałem osoby tak sztywne, że gdy uczyłem psa z głową w dół (Adho Mukha Svanasana), to jedną z tych osób musiałem prosić o mocne zginanie kolan, ponieważ nie mogła wyprostować pleców. Jakoś poszło. Na koniec dnia wyniki. Zdałem. Nie zdała jedna osoba. Poziom, jaki prezentuje się po trzyletnim kursie i zdanym egzaminie Introductory, jest bardzo wysoki. Biorąc pod uwagę, ile osób po drodze odpada, nie zostaje dopuszczone do egzaminu lub go nie zdaje, to nie jest nic prostego i łatwego. Ten egzamin nie jest tylko formalnością i zaliczeniem. Jednakże w jodze B.K.S. Iyengara taka osoba jest zaledwie nauczycielem stopnia wstępnego. To pokazuje, dlaczego szkolenia nauczycielskie w tej metodzie uchodzą za najbardziej rygorystyczne i profesjonalne na całym świecie.

Po trudach egzaminu przychodzi okres karencji, w którego trakcie mamy ugruntować się na odpowiednim dla siebie poziomie. Po intensywnym rozwoju potrzebny jest czas na moment stabilizacji. Gdy po nim zgłosiłem się do swojego nauczyciela prowadzącego z chęcią pójścia dalej, zwrócił mi uwagę, bym poświęcił rok na rozpracowanie obręczy barkowej, zanim przystąpię do rocznego przygotowania na poziom Intermediate Junior I. Warto wiedzieć, że prócz stopni w jodze Iyengara istnieją też poziomy. Zatem zdanie kolejnego egzaminu nie jest krokiem dalej, ale ogromnym skokiem. Wszystkie asany z niższych poziomów powinny być już wykonywane w sposób zaawansowany. To odnieść ma się do stanu umysłu, z jakim praktykujesz, twoich emocji w trakcie egzaminu, witalności, z jaką wykonujesz asany i zrozumieniem ich na poziomie wyższym. Przez rok rozpracowywałem te sztywności w barkach i… dokopałem się do ich przyczyn. Były to cztery przepukliny, w tym jedna bardzo poważna. Doszedłem do etapu, kiedy spałem kilka godzin, budziłem się z bólu i by dalej spać, łykałem tabletki przeciwbólowe. Ten koszmar sprawił, że o staniu na głowie (Salamba Sirsasana) czy świecy (Salamba Sarvangasana) nawet nie myślałem. Wtedy pojechałem na warsztat jogi z Corine Biria (Francja). Mimo tłumu osób na sali dostrzegła mnie i przeogromnie mi pomogła. Nauczyła mnie, jak wykonywać stanie na głowie (Salamba Sirsasanę) z pomocą prętów oraz świecę (Salamba Sarvangasanę) z pomocą asystentów oraz pokazała mi kilka pozycji odbarczających bóle szyi. Zaleciła mi to do praktyki własnej. Kolejne miesiące wykonywałem te pozycje we wskazanych czasach. Ponieważ ból był coraz mniejszy, a jakość życia poprawiała się, pojawiała się też większa determinacja. Niejednokrotnie wysiłek, jaki wkładałem w wykonanie tych pozycji, był tak duży, że czułem, że zaraz zemdleję, a po wykonaniu asany często leżałem na macie wycieńczony i przez kilka minut dochodziłem do siebie. Jednocześnie Jurek Jagucki i Konrad Kocot przyjęli mnie na roczny kurs Junior I. Oczywiście był też egzamin wstępny. Na nim wykonaliśmy całą sekwencję egzaminacyjną. Po niej odpadło wiele osób aspirujących na ten poziom. Wydawałoby się, że są świetnie porozciągani, a jednak… Prowadzący uznali, że przez rok nie da się uporządkować ich praktyki, tak by zdać egzamin. Na tym poziomie ważna jest konstytucja naszego ciała. Możemy na przykład w skłonie kłaść się na nogach, a nasz kręgosłup lędźwiowy może się nie rozciągać. Cały skłon odbywa się tylko z nóg. To dyskwalifikuje taką osobę. Jeżeli sztywność w lędźwiach jest duża, to w sposób bezpieczny dla organizmu nie rozciągniemy tego w rok. U wielu osób wyniki wywołały silne emocje. Nie łatwo pogodzić się z negatywną opinią, gdy jesteś nauczycielem mającym swoją szkołę jogi czy bardzo znane już nazwisko w świecie jogi. To kolejny etap pracy z emocjami w jodze Iyengara.

Rozpoczął się kurs. Kolejne weekendowe i kilkudniowe zjazdy. Poprzedni wydawał mi się trudny, ale ten był o wiele trudniejszy. Na egzaminie próbnym zrobiliśmy wszystkie asany w podwójnych czasach. Takiego wysiłku nie pamiętam. Na kolejnym tygodniowym zjeździe plan rozpisany był tak: 6:00-22:00 joga, w przerwie obiad i kolacja. Jak nie uczyliśmy się nawzajem, to praktykowaliśmy. Ten wyjazd dla wielu był przełomowy. Ja zostałem pochwalony za poprawę w praktyce i świetnie poprowadzoną pranayamę. To dało mi dużo siły i wzbudziło większy zapał. Przyszedł czas egzaminu. Poprzedzał go warsztat z Ritą Keller. Odniosła się ona do sytuacji z poprzedniego roku. Tam na poziom Junior I zdawała grupa osób. Zaliczyło tylko kilka, a kilkanaście zostało oblanych. Wiele osób, które nie zdało, było oburzonych. Rita zasugerowała, że joga to nie tylko rozciąganie ciała, ale też praca nad emocjami. Poziom Junior to etap, gdzie powinniśmy radzić sobie z emocjami, nawet gdy nie zdasz egzaminu. Nie powiem, by natchnęło nas to optymistycznie.
Wszystkie egzaminy na poziomy juniorskie moderował nauczyciel z zagranicy. Podobnie było z naszym, na który przyjechał Claus Grzesch. Upał był potworny, a egzamin o wiele dłuższy niż na poziom Introductory – ponad trzy godziny części praktycznej oraz drugiej części dotyczącej uczenia. Tym razem wymogi są bardziej restrykcyjne i zdawaliśmy w grupie sześcioosobowej. Egzamin trwał łącznie cały dzień. Warto dodać, że aby wykonać dobrze asany z tego programu, potrzebowałem wykonać wcześniej około godziny asan przygotowujących. Na koniec dnia dostaliśmy informację, że wyniki otrzymamy drogą mailową. Cała sytuacja przeciągała się dość długo. Po dwóch tygodniach przyszedł mail. Gratulujemy zdanego egzaminu! Byłem wykończony całym kursem i egzaminem oraz wyciąganiem się z krytycznych problemów zdrowotnych. Taka praca na macie, gdy zaczynasz na niej spędzać po dwie godziny, to też czas, kiedy nie ma cię z rodziną. To nie jest łatwa sytuacja.

Kolejny poziom Junior II wymagał wykonania lotosu (Padmasana). Ponieważ moje kolano uległo wiele lat temu poważnej kontuzji, wykonanie tej pozycji było dla mnie niemożliwe. Jednak tak jak wykonanie asan odwróconych na egzaminie jest obowiązkowe, tak i Padmasany. To zmusiło mnie do wyleczenia sobie szyi. Wykonuję dziś pozycje odwrócone bez dodatkowych pomocy. Posiadłem także bezcenną, bo opartą na własnym doświadczeniu, wiedzę w zakresie pomocy innym z podobnymi problemami. Nie pozostało nic innego, jak również dzięki jodze naprawić sobie kolano. Poświęciłem na to rok. Po tym czasie stało się możliwe zakładanie nóg na chwilę, bez uczucia bólu. Wiele zyskałem dzięki udziałowi w warsztatach terapeutycznych z Lois Steinberg (USA), gdzie mogłem nauczyć się, jak pomagać sobie terapią jogą. Uczestniczyłem w takim kursie trzykrotnie. Ta wiedza była niezwykle wartościowa.

Kolejne egzaminy to również kolejne wymogi. Na każdym poziomie konieczne jest napisanie pracy końcowej, udział jako asystent na egzaminach Introductory oraz miesięczny staż w Instytucie Iyengara w Punie (Indie). Zaliczałem te wymogi i gdy poczułem, że jestem gotów, zadzwoniłem do kolegów i spytałem ich, czy nie wezmą ze mną udziału w kursie Junior II, organizowanym przez Kasię Pilorz. Zapisaliśmy się i dzięki tej decyzji poznałem wspaniałą nauczycielkę. Kolejny roczny kurs, zjazdy, ogromna praca.
Momentami wszyscy mieliśmy serdecznie dość praktyki i uczenia. Była to bardzo głęboka praca nad ograniczeniami w ciele. Wykonywałem już pozycje odwrócone bez pomocy i coraz śmielej pozycje lotosowe. To kolejny etap, gdzie trzeba wykonać asany z niższych poziomów o klasę wyżej. Uczenie szło mi dobrze, jednak liczne problemy zdrowotne utrudniały postęp w praktyce. Dlatego na egzamin szedłem najbardziej niepewny z wszystkich poprzednich. Rezultat? Uczenie zdane, praktyka asan do poprawki. Z naszej małej grupki nie zdałem ja i jeszcze dwie osoby. Zaliczyło raptem kilka. W pierwszej chwili – duże załamanie. To był ogrom włożonej pracy i zaangażowania. Godziny spędzone na macie zamiast z rodziną. Rezultat mizerny. Jednak życie i joga nauczyły mnie pracowitości, determinacji i uporu. Dlatego zabrałem się do pracy. Komisja zasugerowała mi, abym popracował nad większym otwarciem w ciele. Przez kolejny rok spędzałem na macie co najmniej dwie godziny dziennie, czasami pięć, sześć. Po roku spróbowałem ponownie i… niestety. Rita Keller oświadczyła mi, że w praktyce widać duży postęp, ale teraz zabrakło precyzji, a po każdej asanie wyglądałem na coraz bardziej zmęczonego. Na tym poziomie egzamin trwa około 3,5 godziny – bycia ciągle w asanach. Samo stanie na głowie trwa 10 minut. Nie umiałem się w tym odnaleźć. Jednak Rita dała mi bezcenną radę. Powiedziała, jakie popełniłem błędy w asanach i poradziła, bym poprawił je pod okiem nauczyciela. Dopiero gdy je wyeliminuję, mam udać się na egzamin. Znów zabrałem się do pracy. Kolejne godziny na macie, przed lustrem, kamerą, pod okiem innych pomocnych osób. Dopiero na filmach, zdjęciach i przed lustrem zobaczyłem to, co widziała komisja. Dopracowałem te mankamenty i czułem się gotowy.

Gdy dowiedziałem się, że po 3 miesiącach od niezdanego egzaminu, organizowany jest kolejny w Kolonii, w niemieckim Instytucie Iyengara, bez wahania podjąłem decyzję – jadę. Skontaktowałem się z naszym komitetem technicznym, by wyraził zgodę na udział w egzaminie za granicą. Udało się. Był tylko jeden problem – nie znałem innego języka niż polski. Wszystko zaplanowałem tak, bym nie musiał z nikim rozmawiać. Wiedziałem, że na egzaminie będzie kilka osób z Polski. Liczyłem zatem, że jakoś się podepnę do nich, by coś zjeść, a w hotelu tylko pobiorę i oddam klucze. Wcześniej wszystko opłacę. Spotkała mnie tylko jeszcze okropna podróż w nocnym pociągu przez całe Niemcy i już byłem na miejscu. Czułem duży spokój i poszło. Z całej grupy nie zdała tylko jedna osoba. Niestety już czwarty raz. Komisja niemiecka bardzo pozytywnie odebrała moją praktykę. Rita Keller osobiście pochwaliła mnie za (jak to ujęła): miękką i witalną praktykę.

Po zaliczeniu czułem jednak, że to jeszcze nie koniec. Egzaminem kończącym etap Juniorski jest Intermerdiate Junior III. To bardzo wysoki poziom, honorowany na całym świecie. Jeżeli zerkniemy na stronę naszego stowarzyszenia jogi Iyengara, poziom Introductory osiągnęło już ponad 100 osób, natomiast powyżej Juniora II zaledwie 20. Z badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Porozumienie Szkół Jogi wynika, że w Polsce jogę praktykuje ponad 300 tys. osób, z tego jogę Iyengara – około 50%. To pokazuje, jak mały odsetek ćwiczących osiąga taki poziom. Ponieważ czułem, że coś energetycznie ma się jeszcze wypalić, postanowiłem, że podejmę ten trud. Po kolejnych latach karencji przystąpiłem wraz ze znajomymi do kursu Junior III pod okiem Kasi Pilorz. Nie wiem, czy ten kurs był faktycznie najcięższy, czy już dawały znać o sobie wszystkie lata przygotowań do egzaminu. Było trudno. Całe dni spędzone na doskonaleniu praktyki i uczenia asan z kolejnego sylabusa. Chciałem się przygotować rzetelnie, dlatego utrzymywałem co najmniej 2, 3-godzinną dzienną praktykę własną. Doskonaliłem pozycje i swoją praktykę. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Przyszedł czas egzaminu. Praktyka tym razem zajęła nam 4 godziny, podczas których trzeba wykazać się witalnością, koncentracją i precyzją w asanach. Kolejnego dnia uczenie. Tutaj poległem. Ucząc pozycji Parsvakonasana, straciłem koncentrację. Rita powiedziała mi, że moje nauczanie nie może zostać na poziomie poprzednim. Ma znów być o jeden stopień wyżej. Był to trudny egzamin. Z naszej grupy nie zdało około 70% osób. Pozostało szykować się na kolejny rok. Zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że kiedyś praktykowałem godzinę może półtorej, a na warsztacie z bardzo wykwalifikowanym nauczycielem z zagranicy bywałem raz, dwa razy do roku. Teraz na macie spędzam od trzech do pięciu godzin, natomiast na warsztaty jeżdżę po Europie i Indiach co najmniej raz na dwa miesiące.

W tym roku ponownie przystąpiłem do egzaminu. Ten sam trud, ale energetycznie czułem, że coś się wydarzyło. Jakby karma została wypalona. To dziwne uczucie, gdy joga ma wymiar metafizyczny. Ponownie stanąłem na macie. Praktykowało mi się fantastycznie. Czułem się momentami bardziej jak podczas medytacji niż na praktyce asan. Podczas uczenia komisja nie przerwała mi ani razu, by o coś spytać. Rezultat. Komisja nagrodziła mnie wyróżnieniem za praktykę i uczenie. Jest to sytuacja bez precedensu. Uczestniczyłem łącznie w ośmiu egzaminach, nigdy nikt nie dostał wyróżnienia. Jednak czułem, że nie jest to na wyrost. Coś też w moim życiu się dopełniło i zamknęło. Za sobą mam łącznie 10 lat przygotowań do egzaminów, pora iść dalej.

Mam nadzieję, że cały ten proces, który przedstawiłem, pozwoli bardziej zrozumieć sposób szkolenia nauczycieli w metodzie B.K.S. Iyengara. Nie chciałem zasypywać Was liczbami i wymogami, jakie trzeba spełnić, to wszystko można z łatwością znaleźć w internecie. Zależało mi bardziej na tym, byśmy bardziej docenili stopnie, jakimi tytułują się nauczyciele Iyengarowscy. Te dyplomy to efekt bardzo ciężkiej pracy. Chciałem pokazać również, że proces ten związany jest ściśle z rozwojem duchowym, emocjonalnym, umysłowym i intelektualnym, mimo że wszystko jest głównie oparte o praktykę asan. Tak jak powiedział Guruji – 99% jogi to praktyka, a 1% to teoria. Nie trzeba zostać nauczycielem, gdy praktykujemy. Jednak poznanie jogi odbywa się przez doświadczenia pochodzące z bycia na macie.

Marek Bednarski – Dyplomowany nauczyciel jogi metodą B.K.S. Iyengara stopnia Intermediate Junior III, posiadający certyfikat zgodności nauczania metodą IYENGARA. Ukończył kurs fizjoterapii. Fabryka Energii – Centrum Jogi Wrocław www.fabrykaenergii.pl

Comments


© Yoga & Ayurveda Magazyn