yoga sklep zapisz się do newslettera

Samotność w Delhi

Delhi wyrasta wokół Jamuny – rzeki i bogini zwanej również Jami, córki boga słońca Surji oraz bliźniaczej siostry Jamy, boga śmierci. Niektóre mity mówią o tym, że byli pierwszą parą na ziemi, inne, że religijny Jama odrzucił umizgi Jami, a ona sama zaczęła być kojarzona z miłością i erotyzmem, nie znającymi żadnego tabu ani żadnych granic. Na wizerunkach ma duże, wypukłe piersi. Bywa również towarzyszką Sziwy i Wisznu, a nad jej brzegiem swego czasu bawił się mały Kryszna. Hindusi mówią o niej najczystsza.

W samej Jamunie już dawno wymarło wszelkie życie. Rzeka-ściek rozlewa się po horyzont. W brunatnej wodzie płyną odchody, girlandy i pozostałości z pudży, czasami również posążki bóstw, zasilając potężną arterię Gangesu, który jest jeszcze bardziej martwy i jeszcze bardziej piękny swoim przedziwnym indyjskim pięknem.

Delhi to trudna miłość. Pierwszy haust gorącego powietrza na indyjskiej ziemi. Taksówkarze, którzy zabijają się o pasażerów, wyrastający znikąd ludzie, roje much. To miasto trudno jest lubić. W pewnym momencie przestałam nawet próbować, pozwalając, aby niemalże od razu po przylocie lokalny samolot zabrał mnie np. do Dharamsali lub Bodh Gaya.

Zejście do Hadesu

Delhi należy smakować z wyczuciem, tak aby pikantne korzenie i papryczka chilli nie poparzyły nam języka. Delhijska garam masala może być zabójcza: chciwość w ludzkich oczach, agresywni rikszarze, koszmarna woda, fetor w zaułkach Paharganj, hałas i brud. Można zwariować na widok przerażającej nędzy.

Delhi, które ciągle stoi w korku. Delhi, w którym nie da się oddychać, gdzie nieustannie trzeba pilnować portfela, gdzie kobieta może poczuć na sobie dotyk przechodnia i gwarantuję, będzie to dotyk bardzo zły. Gdzie żebrakom zdarza się mieć tak zdeformowane ciała, że nie przypominają już człowieka. Gdzie na około 20 mln mieszkańców (lub 26 mln z pełną aglomeracją) aż 3 mln to bezdomni.

Najbardziej oczywistym wyborem backpackersów jest Paharganj. Są tacy, którzy tu się odnajdują. Są tacy, którzy lubią tę indyjską histerię, naganiaczy, sklepy ze śmieciami i sztuczną biżuterią, zapyziałe guesthouse’y, w których strach czegokolwiek dotknąć w pokoju i w łazience, uliczne jedzenie i Delhi-belly, które łatwo tu złapać. Narkotyki, charkanie i odchrząkiwanie, ludzie bez imienia i nazwiska gotowi poderżnąć gardło za parę dolarów i zniknąć bez śladu.

Delhi to indyjska dystopia. Aby przeżyć, trzeba często mocno zamknąć serce i wyostrzyć instynkt samozachowawczy. Miasto stare jak Mahabharata. Łatwiej zrozumieć jego historię, trudniej bezwzględność. Od zarania dziejów odbywały się tu rzezie, a nowa miejska warstwa przykrywała pył i krzyki poprzedniego imperium, ubiegłej epoki i dynastii. I niekoniecznie mowa tu o zamierzchłych czasach. W 1984 r. po zamachu na Indirę Gandhi miały miejsce masowe pogromy Sikhów. Żądza śmierci. Indusi przez ponad tydzień równali z ziemią sikhijskie domy i dokonywali samosądów, np. paląc żywcem. Nowo zaprzysiężony premier, Rajiv Gandhi (syn Indiry), stwierdził wówczas: „Gdy pada wielkie drzewo, ziemia musi się zatrząść”. Więc trzęsła się z hukiem przez wiele dni, a liczbę ofiar w samym Delhi szacuje się nawet na 10.000. I nikt za to nie odpowiedział.

Mało która ziemia jest aż tak przesiąknięta krwią. To tu na przełomie 2012 i 2013 r. tysiące ludzi wyszło na ulice w akcie oburzenia po śmierci zgwałconej w autobusie Jyoti Singh. To tu wokół uniwersytetów stoją dodatkowe patrole policji, mające zapewnić bezpieczeństwo studentkom, a pierwszy wagon metra jest wydzielony wyłącznie dla kobiet.

Oswajanie demonów

Widać zmiany. Jest znacznie czyściej niż kilka lat temu, chociaż pewnie nie wszędzie. Delhi to nie tylko nędza. Delhi to również pieniądze, a już szczególnie satelitarny Gurgaon z dużymi firmami, biurowcami i call centers. Podobnie jak Bollywood, Gurgaon jest trochę takim Indian dream, gdzie można wyrwać się z ciasnych indyjskich rodzinnych kleszczy, zacząć zarabiać własne pieniądze, swobodniej się ubierać, tak jak na Zachodzie.

Karan jest programistą w jednej z gurgaońskich korporacji. Poznałam go dawno temu w Ladakhu, gdy wynajmowaliśmy jeepa, aby pojechać wysoko w góry nad jezioro Pangong Tso. Przez te wszystkie lata pracował niemalże na całym świecie – w San Francisco, Londynie, Zurychu, a nawet pół roku w Warszawie. Jego obecna żona przed ślubem przez dwa lata była jego dziewczyną, chociaż Karan skrzętnie ukrywał ten fakt przed swoją tradycyjną rodziną z Ahmadabadu.

Długo unikałam Delhi, a teraz czekam na kogoś w popularnej Big Chill Cafe w Kailash Colony w południowej części miasta. W menu jest dużo mięsa i alkoholu, jak w każdym zachodnim pubie. Ceny są również zachodnie – no, może takie jak w Warszawie, co jednak po kilku miesiącach włóczenia się z plecakiem po subkontynencie wprawia w osłupienie. Panuje międzynarodowa atmosfera. Hinduski mają dżinsy, krótkie spódnice i odkryte ramiona. Długo unikałam Delhi, a teraz zdarza się, że poruszam się po mieście metrem. Zwykle wybieram jednak pierwszy wagon.

Zza przyciemnionej szyby

Fakt, że Delhi wydaje mi się mniej groźne, nie oznacza, że w jakiś magiczny nieracjonalny sposób oswoiłam to miasto. Nie. Mam tu znajomych, u których zawsze mogę się zatrzymać. Kaushik jest prawnikiem. Porusza się głównie pomiędzy Londynem, Dubajem i Delhi. Mieszka w dwupoziomowym apartamencie ze swoją partnerką Angel (tak! żyją bez ślubu, co w Indiach jest rzadkością). Dużo pracują, a ja mam sporo czasu dla siebie. Wieczorami czasem wychodzimy do klubu. Takie Delhi to Nowy Jork, tylko w cieniu orientu. W tle Nucleya i indyjska muzyka klubowa. W powietrzu da się wyczuć o wiele silniejsze stężenie seksu i dziwnych interesów. Jest więcej alkoholu i są narkotyki.

Kaushik i Angel udostępniają mi swojego prywatnego kierowcę i dobry samochód. Poruszam się po mieście, obserwując świat zza przyciemnionej szyby (choć nadal zdarza się, że zapuka w nią żebrak swoim okaleczonym kikutem). Mogę jechać na zakupy do centrum handlowego Select Citywalk, gdzie są podobne sklepy jak w Warszawie. Mogę mieć porządny manikiur z lakierem, który będzie trzymał się przez ponad tydzień. W moich ubraniach backpackersa czuję się tam jak oberwaniec. Mukesh, kierowca, czeka cierpliwie bez względu na to, czy zwiedzam, czy ćwiczę jogę na trawniku w Ogrodach Lodi (Lodi Gardens). Nie narzeka na nic i o nic nie pyta. Poza kierowcą mam do dyspozycji służącą, która przychodzi co rano. Sprząta, gotuje i pyta, czy potrzebuję pomocy przy porannej toalecie. Gdy ją poproszę, zaplata mi włosy.

…i samotność

Delhi jest jak każde wielkie azjatyckie miasto. Może niesłychanie zmęczyć, przeżuć i wypluć. Trudno złapać oddech – od spalin i od natłoku ludzi na powierzchni metra kwadratowego.

Samotność w Delhi pojawia się, gdy po kilku miesiącach włóczenia się i pomieszkiwania w różnych miejscach – w Kerali, Riszikesz lub Mysore – następuje zderzenie z rozbryzganym ulicznym krajobrazem.

Kiedy wydaje mi się, że znam już indyjskie mechanizmy od podszewki – savoir-vivre, sposoby funkcjonowania w rodzinie, tematy tabu, systemy wartości, tradycje i hierarchie, wszystkie przewidywalne zasady indyjskiej gry społecznej, które w Delhi mogą działać, ale częściej jednak nie działają.

Samotność w Delhi pojawia się, gdy siedzę w samochodzie odcięta od induskich mas. Od żaru, który leje się z nieba i bije z parującego asfaltu. Od tego wszystkiego, co groźne i brzydkie. Gdy mam poczucie, że taka forma XXI-wiecznego kolonializmu jest dla mnie komfortowa i bezpieczna. Samotność w Delhi pojawia się w wyspach szczęśliwości. W kawiarni, gdy dostanę kawę w filiżance (zamiast szklanki z tłustymi odciskami palców). Gdy zamawiam pizzę. Gdy nie mogę odnaleźć się w towarzystwie moich zamożnych znajomych, którzy latają po świecie klasą business, chociaż swobodnie mi się z nimi rozmawia. I pewnie mogę być przy nich bardziej sobą niż przy kobiecie, od której codziennie wieczorem kupowałam lampki nad Gangesem. A potem siedziałyśmy razem i było dobrze, pomimo że jej angielski ograniczał się do podstawowych słów z zakresu work i family.

Samotność w Delhi pojawia się, gdy wiem, że mogę mieć z Indii to, co dobre i wyjechać do domu, bo przecież nie stanowię żadnego elementu tej osobliwej układanki.

Warto zobaczyć i zwiedzić:

Zabytki

Czerwony Fort – dawny pałac w stolicy Szahdżahana z dynastii Wielkich Mogołów
Gandhi Smriti – dom Mahatmy Gandhiego, gdzie w 1948 r. został zamordowany
Grobowiec Humajuna – zbudowany w 1570 r. był pierwszym grobowcem z ogrodami i bezpośrednią inspiracją Taj Mahalu oraz innych zabytków architektury mongolskiej
Hazrat Nizamuddin Dargah – mauzoleum sufickiego świętego; w czwartki można posłuchać tradycyjnych pieśni sufickich (polecam!)
India Gate – upamiętniająca indyjskich żołnierzy, którzy zginęli w I wojnie światowej i na wojnach z Afganistanem (z 1931 r.)
Jama Masjid – największy meczet w Indiach zbudowany w XVII wieku przez Szahdżahana z dynastii Wielkich Mogołów, budowniczego Taj Mahal
Khari Baoli Road – duży targ przypraw
Lodi Gardens – park wybudowany przez Brytyjczyków w 1936 r. wokół licznych mongolskich grobowców
Swaminarayan Akshardham – niezwykła świątynia otwarta w 2005 r., prawdziwa estetyczna perełka
Świątynia lotosu – łącząca wszystkie religie (Bahai), piękna z zewnątrz, bardzo skromna wewnątrz

Muzea i galerie

National Gallery of Modern Art (ngmaindia.gov.in)
Muzeum narodowe (nationalmuseumindia.gov.in

Dla miłośników życia nocnego:

Rejon Hauz Khas Village (Południowe Delhi) – kluby, np. Summer House, Privyee, Lap, Bandstand

Polecam książki:

Rana Dasgupta, Delhi. Stolica ze złota i snu, Wydawnictwo Czarne, 2016.
William Dalrymple, Miasto dżinów. Rok w Delhi, Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2016.

Comments


© Yoga & Ayurveda Magazyn